Opis
„Kurwa! Też kobieta.”
To drugie dopowiadał mój trener szachowy, Wojtek Ehrenfeucht, ilekroć kląłem jako młody człowiek.
Skoro mam już waszą uwagę — posłuchajcie.
Chciałem książki dla kobiet. Takiej „nowej Grocholi”, tylko mądrzejszej. Z tą propozycją poszedłem do dr Aleksandry Sarny, bo ona akurat chciała kasy. Układ wydawał się idealny: ja miałem wizję, ona motywację.
Tak narodziła się ta produkcja.
Zamówiłem Grocholę, a dostałem skrzyżowanie Mario Puzo z Candace Bushnell i Charlesem Bukowskim.
Nie składam reklamacji. Ostrzegam.
Autorka Seksu w wielkim mieście poznaje autora Ojca chrzestnego i tego od Listonosza.
Córka gangstera z lat 90. opowiada swoje życie tak, jak się zeznaje na komendzie: im mniej słów, tym lepiej.
Ta proza ma puls. Jest wulgarna i czuła w tym samym zdaniu. Śmieszna tam, gdzie powinno być strasznie. Przerażająca w scenach, które zaczynają się jak anegdota.
Od dzieciństwa wśród ludzi, o których lepiej nie wiedzieć, przez małżeństwo będące ucieczką, po miłość — czy aby na pewno? — która okazuje się powtórzeniem wszystkiego, przed czym bohaterka uciekała.
Największą siłą tej książki jest głos.
Bezlitosny wobec świata i wobec siebie. Rozpoznawalny po trzech zdaniach. Niepodrabialny.
Czasami wystarczy jedno zdanie:
„Prawda nie ginie. Czasem tylko zmienia właściciela.”
Albo:
„Najtrudniej jest wrócić do miejsca, w którym nigdy się nie było.”
Książka jest brawurowa. Prowadzona w podwójnym rejestrze, w którym to, co wypowiedziane na głos, nieustannie kłóci się z tym, co pomyślane w nawiasie.
Bohaterka jedną historię opowiada ludziom, a drugą — często znacznie brutalniejszą — czytelnikowi.
Finał domyka całość jednym dźwiękiem.
I ten dźwięk zostaje w głowie długo po odłożeniu książki.
To literatura z gatunku tych, które czyta się nocą, jednym tchem, a potem odkłada ostrożnie, jak coś, co może jeszcze wybuchnąć.
Kiedy skończyłem czytać, zastanawiałem się tylko nad jednym:
czy dr Aleksandra Sarna potrzebuje pomocy, czy przez cały czas znakomicie bawi się z czytelnikiem konwencją fikcji?
Stanisław Staszewski kpił w „Celinie”, brawurowo zaśpiewanej po latach przez jego syna Kazika, że bawił nas śpiewem tylko dla zwykłej draki i w ogóle prawdy w tym nie ma.
Czyżby.
PRZEDSPRZEDAŻ!
Wysyłka zamówionych książek od 1 września 2026 r.

